piątek, 7 grudnia 2012

Zmian ciąg dalszy...

Dzieeeeeń dooobry!

Znowu będzie krótka notka. :) Na ŚwiatPSX powróci na święta E-Mag. Sam już zacząłem pisanie i niedługo, tj. do niedzieli będę miał swoje dwa teksty. Termin jest na piętnastego, więc może coś jeszcze dodatkowo napiszę. Ponadto rozpocząłem naukę systematyczną, już któryś dzień z rzędu. Do tego ćwiczę cały czas i prowadzę dietę. Do następnego razu! I życzcie mi powodzenia w moich planach!

niedziela, 18 listopada 2012

Zmiany, zmiany, zmiany...

Witajcie!

Zdarzyło się kilka rzeczy, o których myślę, że powinienem napisać. A mianowicie:
1 - zmieniłem telefon z Samsunga Avili na Motorolę Milestone, dlatego mam nadzieję oprócz serii JAVA Review powstanie także Android Review.
2 - zacząłem zmieniać swój styl życia. Na pierwszy ogień poszła dieta i ćwiczenia. Potem, mam nadzieje kilka bonusów, o których jeszcze nie będę pisał.
3 - bloga nie prowadzę systematycznie, ale mam nadzieję, że w końcu kiedyś to się zmieni... (Tak, wiem, że się powtarzam.)

poniedziałek, 15 października 2012

[JAVA Review] Rally Stars 3D

Hej.
Tak jak obiecałem, rozpoczynam nowy cykl recenzji gier. Znajdziecie je pod kryptonimem „JAVA Review”. Będą to recenzje komórkowych mniejszych lub większych hitów. Postaram się w nich rzetelnie wytłumaczyć dlaczego dna gra jest dobra (lub też nie). Zatem zapraszam do lektury! ;)

Na pierwszy ogień poszła gra, którą traktuję jako zabijacz czasu podczas drogi do i ze szkoły. Rally Stars 3D bo tak owy twór się nazywa to arcade-owa wyścigówka. Wydawana przez EA. Na starcie zostajemy przywitani miłym dla oka menu, z całkiem klimatyczną muzyczką w tle.  Do wyboru mamy trzy tryby gry. Pierwszy to „Quick Race” czyli szybki wyścig, w którym wybieramy samochód (o ile wcześniej któryś odblokowaliśmy w trybie kariery, bo w innym wypadku jesteśmy skazani na pierwszy pojazd), możemy wybrać trasę i cóż, hmm po rozpoczęciu wyścigu zasuwać ile wlezie i dotrzeć do mety jako pierwszy. Drugi tryb to wspomniane wcześniej tryb kariery/zawodów w grze nazwany Championship. Tutaj również nie ma zbyt wielkiej filozofii. Po prostu dostajemy teoretycznie najsłabsze auto, startujemy (co ciekawe zawsze) z drugiego miejsca i również pędzimy na metę, jednak tutaj po wygraniu mistrzostw odblokowujemy kolejne, a przy okazji również nowe samochody. I tak aż do zdobycia we wszystkich wyścigach złotego pucharu. Ostatni tryb to Endurance. Tutaj tez wybieramy pojazd i trasę, ale pomimo tego, że mamy przeciwników po bokach to musimy jak najdłużej jeździć po trasie i starać się maksymalnie wyśrubować nasz wynik. Dodatkowe sekundy dostajemy po przejechaniu przez punkt kontrolny, jednak ich ilość jest strasznie mała, i żeby osiągnąć wynik, np. przejechania całej trasy trzeba bardzo się starać. Dowodzi to także tego, że gra jest dosyć trudna. Na początku dopóki nie znamy tras bardzo ciężko jest wygrywać. Dopiero później, kiedy poznamy większość z torów to będziemy w stanie rywalizować z przeciwnikami. Na szczęście gra podpowiada nam, pokazując jaki będzie kolejny zakręt, niebezpieczny wyskok itp. A propos tras właśnie to mamy do wyboru 4 lokacje (plaża, wybrzeże, miasto, las) i po 3 trasy na każdą lokację. W trybie Championship są one ułożone losowo, tak, abyśmy nie nudzili się przy przejeżdżaniu prze kolejne z nich. Ale nudzić się nie będziemy! Bo trasy są bardzo zróżnicowane. Raz jeździmy po asfalcie, nad brzegiem morza, innym wjeżdżamy do wnętrza świątyni Majów w południowo amerykańskim lesie. Co jak co, ale nudno to nie jest. Powinienem również wspomnieć o grafice, która moim zdaniem jak na grę komórkową, jest znakomita. Na wybrzeżu w oddali widzimy statki, jachty, jakiś balon, w mieście (jako bitmapę oczywiście - ale jednak) samochody. Modele samych pojazdów są wykonane starannie i choć może nie ma ich zbyt wiele, bo tylko cztery to jednak widać ile pracy włożono w każdy z nich. Jak już wspomniałem do dyspozycji mamy „aż” cztery samochody. Nie jest to może bardzo dużo, ale wystarczająco, ponieważ każdy z nich ma inne parametry i można znaleźć taki, który odpowiada naszemu stylowi jazdy. Jeżeli chodzi o dźwięk, to i tutaj jest dobrze, chociaż odgłosy poślizgu brzmią fatalnie. Pomimo tylu zalet, jakie Rally Stars 3D niewątpliwie posiada, to i tutaj znajdzie się łyżka dziegciu. I to całkiem duża łyżka. Mianowicie, bolączką gry jest kamera, który przy ostrych zakrętach pokazuje nam bok samochodu wchodzącego w poślizg, przez co zupełnie nie wiemy gdzie należy jechać. Do tego zdarzają się niewidzialne ściany, kolejny mankament to dziwne zachowanie pojazdów w trakcie poślizgu, system kolizji, a raczej jego brak. Bardzo denerwuje to, że podczas uderzenia w tył samochodu przeciwnika, nasze auto zwalnia do malutkich prędkości, przez co momentalnie samochód przed nami nam ucieka. Poza tym ostatni już chyba błąd tej gry to brak rozbudowanych funkcji rankingów. RS3D aż prosi się o Internetowe statystyki z wynikami. Tymczasem tutaj, jak już wszystko wygramy, zaczniemy osiągać bajeczne czasy, to jedyne co gra nam oferuje, to pokazanie wyników znajomym manualnie, przystawiając im telefon do nosa.
Podsumowując – EA dało nam kawał dobrej ścigałki, która niestety nie obyła się bez błędów typowych dla komórkowych gier. Szkoda, bo mogło być bardzo dobrze, a tak należy jedynie żałować, że mamy grę jedynie bardzo dobrą, ale nie wybitną.

Plusy:
  • Świetna grafika (jak na Avilę) ;)
  • Zróżnicowanie lokacji
Minusy:
  • Kamera
  • Brak funkcji społecznościowych (jest XXI wiek, należałoby tego oczekiwać w każdej tego typu grze!)
Inne:
Płynność działania na Samsungu S5230 (Avila) 3/6
Wygoda użytkowania 3/6
Rozdzielczość w jakiej grałem: 320x240

Ocena ogólna:
-4/5










piątek, 28 września 2012

Start Again!


Hej!

Witam was po bardzo długiej absencji. Dużo się pozmieniało z trakcie mojej nieobecności. Przy okazji uwaliła mi się partycja ze wszystkimi pracami na różne tematy. Szkoda, bo zapowiadało się nieźle. Ale bardzo chciałbym nadrobić zaległości. Postaram się pisać dużo częściej niż wcześniej, a do tego wprowadzę nowy cykl recenzji tym razem gier na komórkę napisanych w języku JAVA. Mam nadzieję, że przyjmiecie je równie ciepło jak pozostałe recenzje. Tak więc do następnego (mam nadzieję niedługiego) razu.

Adieu!

niedziela, 6 maja 2012

[Book Review] Zagłada ziemskiej cywilizacji w 2024 roku

Witam, po dosyć długiej przerwie. Od razu przepraszam tych, którzy zaglądali na bloga i niczego nowego w nim nie zastali. Tak się złożyło, że męczył mnie brak weny. Na szczęście przeglądając półkę z książkami natknąłem się na interesującą pozycję pt. "Zagłada ziemskiej cywilizacji w 2024 roku" pióra Grahama Phillipsa. Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli spodziewajcie się pod koniec tygodnia recenzji. 

Pozdrawiam

EDIT: Znowu będzie obsuwa. Przepraszam... :/
EDIT2: Tymczasowo zawieszam plany recenzji... Powody osobiste.

sobota, 7 kwietnia 2012

Moje rozmyślania na temat PlayStation i gier w ogóle cz. 1

Długo zastanawiałem się, jak zacząć artykuł opowiadający o PlayStation jako pionierowi grania domowego. Zastanówmy się może najpierw co było przed „Szaraczkiem”. Przeglądając Internet możemy znaleźć nazwy maszynek będących przed PSXem. Wśród nich m.in. NES (lub popularny u nas w Polsce Pegasus), SNES, Commodory i mógłbym tak jeszcze długo wyliczać. Tak naprawdę jedynie Nintendo namieszało w kwestii grania w domach. I to dzięki klonom Nintendo Entertainment System granie w domu stało się popularne w Polsce. Była to jednak rozrywka dla dzieci, mających „nowoczesnych” rodziców, którzy zamiast piłki, walkmana/discmana kupili swojemu dziecku NESa. Graficznie przedstawiało się toto śmiesznie, pady były niewygodne i jedyne co do konsoli przyciągało to gry walność i możliwość grania w Multi z kolegą. Przejdźmy dalej. W roku 1990 powstał PSX. I od razu stał się marzeniem młodych graczy. Grafika, audio i wibracje – to wszystko doprowadzało do tego, że każdy gracz chciał mieć ta konsolę, aby zasmakować komfortu i nowej jakości grania na konsoli. Dzięki temu zaczął się bum na konsole w Polsce. Tradycyjnie kupowano je na straganach z chipem, gry kupowało się w osiedlowych sklepach po 20 złotych. (Pamiętam jak dziś jak oszczędzałem miesiąc aby kupić sobie oryginalnego NASCAR98. ) Tendencja wzrostowa jeżeli chodzi o kupno konsol była podobna w całej rozwiniętej części świata. Nie inaczej było w Polsce. Co prawda piractwo szerzyło się niemiłosiernie, przez co zyski ze sprzedaży gier były nikłe, ale już hardware sprzedawał się jak ciepłe bułeczki i to nie tylko sam system, ale również akcesoria. Tych powstało multum, a dzięki ich chińskim zamiennikom każdy posiadacz konsoli mógł sobie pozwolić na kupno jakiegoś. Prześcigano się wtedy w ilości posiadania tychże. Jednak nie o tym miało być.  Kiedy PSX pojawił się pod strzechami, place zabaw się wyludniły, parki stały się puste, boiska nieuczęszczane. Zbiegało się multum chłopaków (czasami nawet 20) po to aby zrobić sobie turniej w Tekkena czy w Mortal Kombat. Brutalność wylewająca się z ekranu dzięki „pięknej” grafice jarała młodych chłopaków prawie tak samo jak Dragon Ball. Były to czasy, kiedy do szczęścia nie potrzeba nam było wiele. Wystarczył ten szary pad i gra z bazaru. Do czego dążę? Chcę tylko przekazać wam to co ja uświadomiłem sobie rozmawiając ze znajomymi – to PlayStation rozwinęło rynek gier w Polsce. Jej przyjście na świat i pod TV w polskich domach doprowadziło do sesji growych całych osiedli. Niesamowite jest to jak wtedy mając jedną grę i dwa pady, konsola była obiektem zainteresowania 20 osób, które niczego nie pojmując stały się przyszłymi „skarbonkami” wielkich multimedialnych koncernów.
Przypatrzmy się bliżej rozwojowi rynku. Konsole z domowych narzędzi rozwałki, stały się wielozadaniowymi kombajnami mogącymi dla nas zrobić prawie tyle samo co komputer. Zatraciły przez to jednak swą „duszę”. O tak! PlayStation w 2000 roku było czymś co przyciągało na wiele godzin. Obecnie PS3 jeżeli wciąga to nie ze względu na nowości w gameplayu i rozrywce, a dzięki grafice i ogólnym wrażeniom z gry. Kiedyś podczas gry co rusz doświadczaliśmy nowych usprawnień i pomysłów, natomiast teraz dostajemy odgrzewane kotlety. Fajne, ale tylko na moment. Miłe dla oka, ucha, ale w mózgu nie wyryją bruzd jak pierwszy Tekken czy Final Fantasy VII. Szybko podsumowując akapit możemy dojść do jedynego słusznego wniosku – to co zostało już wymyślone jest maximum możliwości twórców gier. Możemy liczyć jedynie na usprawnienia i ewolucje, ale nie na rewolucje. Branża gier wyczerpała ilość pomysłów na kilka lat, dekad, a może nawet na zawsze. Nie wiadomo. I nie będzie wiadomo dopóty dopóki nie pojawi się młody człowiek z ogromną ilością nowych pomysłów, których wdroży nowego ducha w branżę gier. Coś jak Peter Molyneux kilkanaście lat temu. Coś jak Ken Kutaragi, który stworzył PS. My gracze, musimy modlić się, abyśmy w końcu dostali wizjonerów, a nie mistrzów fachu. Bo i owszem, prawda jest taka, że obecnie twórcy gier to perfekcjoniści, nie ma miejsca dla średniaków czy niechlujów. Wszystko musi być idealne. Przez co branża tylko ulepsza to co już dobre, ale nie wyznacza nowych kierunków. Nie ma kogoś kto pociągnąłby za sobą tłumy graczy. Nawet jeżeli powstają rodzynki, nowe, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju gry to są one marginesem i rzadko przyciągają większe rzesze fanów. Nie wiem czy to wina mentalności ludzi, że lubią to co już znają, czy może reklamy – gry wizjonerskie, rzadko są robione przez wielkie korporacje, częściej są to małe, kilkuosobowe grupy zapaleńców, które ledwo wiążą koniec z końcem. Troszeczkę z innej beczki – zastanówmy się jaką ostatnio wydaną grę można uznać za rewolucyjną i za taką, która przysporzyła marce wielu fanów. Jedyne co sobie przypominam to Minecraft. Pytanie- czy ta gra jest naprawdę tak rewolucyjna jakby się wydawało? Nie sądzę. Graficznie to 3 kroki wstecz. Gameplay właściwie to samo. Fabularnie to klapa (tam  w ogóle jakaś fabuła jest?). Tak więc niż nie przemawia za MC oprócz nieco zmienionych zasad gry. To jednak za mało aby nazwać tą grę rewolucyjną. Co najwyżej ewolucyjną.

CDN...

piątek, 23 marca 2012

[PSX Review] T'ai Fu: Wrath of the Tiger

Wprowadzenie


Minęło wiele wieków, odkąd Mistrz Smok zniszczył antyczne Chiny… Ta mityczna ziemia bambusów przekazała pokoleniom tajemnice duszy i energii.
Zamieszkiwały ją różne klany, składające się z odmiennych rodzin.
Klany żyły w harmonii, szanując się wzajemnie przez wzgląd na mądrość każdego z nich. Respektowały swoją potęgę i wybaczały potknięcia niektórych członków. Klany rozwijały różne style Kung Fu, starożytnej sztuki walki, wykorzystującej mentalne zalety i kondycję fizyczną, jako formę obrony oraz jako sposób na przetestowanie wszystkich chcących uprawiać tę skomplikowaną sztukę.
Każdy styl Kung Fu, który stworzyły klany miał inne właściwości. Mocne i słabe strony. Mieszając te odmienne style walk i osiągając perfekcję w opanowaniu każdej z nich można osiągnąć potęgę, która nie ma porównania na świecie. Potęgę, która nawet dla właściciela jest niebezpieczna. Potęgę, która nie utrzyma się w umyśle i ciele jej użytkownika. Potęgę, która wybuchnie. Nie zapłonie, ale wybuchnie i strawi całą Ziemię w ogniu…
Wszyscy Mistrzowie musieli udowodnić swoją wartość, przechodząc test umiejętności, znany, jako Sprawdzian Mroku.

Klany


Klan Smoków

                Klan Smoków był swego czasu potężnym i dumnym rodem. Mieli wielką moc magiczną i potrafili ją wykorzystywać w walce. Ale walki wewnętrzne były przyczyną unicestwienia tej znamienitej rodziny. Jedyny ocalały to Dragon Master. Stworzenie niemal tak stare jak stary jest świat, pragnienie potęgi rozpalało jego ambicję, skierowaną przeciwko pozostałym klanom. Chciał zniszczyć pozostałe rody i przejąć kontrolę nad Ziemią. Z pomocą swojej armii Wężowych Wojowników, Dragon Master szuka możliwości odtworzenia Klanu Smoków, używając do tego energii życiowej pokonanych wrogów. Spełnienie jego nikczemnych planów zależy od sekretu Kung Fu strzeżonego w Zakazanym Pałacu, który wkrótce zechce uznać za swój dom.

Klan Węży

                Pogardzani – przez swoją przebiegłość i oszustwa. Węże czczą swoją kolej współpracy z Dragon Masterem. Przejęli rolę wojska węży i używając swoich umiejętności kamuflowania i walki, atakuję, żeby utrzymać wszystkie klany pod władzą Smoka. Celem węży jest być wywyższonymi aż na poziom smoków. Nie zważają na środki ku temu potrzebne. Nie zauważają nawet złej magii Mistrza.

Klan Modliszek

                Modliszki znane są ze swojego spokoju i dyscypliny, ten mityczny klan wojowników został zniszczony przez smoki i węże. Jedynie Si Fu, ich mądry i światły mistrz, pozostał, aby strzec przyszłego pokolenia modliszek w czeluściach ich jaskiń. Mówi się, że kanały podziemne modliszkowych jaskiń zostały opanowane przez duchy ofiar Smoka.

Klan Lampartów

                Lamparty są okrutnymi wojownikami z dżungli, znani są z ich szybkości i niesamowitych umiejętności skoku. Uważają walki za okazję do zaprezentowania ich odwagi. Lamparty wolą wspinać się na mury i runąć na przeciwnika niż walczyć w otwartej bitwie. Lamparty zaciekle walczą przeciwko Dragon Masterowi i jego podopiecznym (przydupasom J), żeby nie zostać całkowicie unicestwionymi.

Klan Małp

                Z ich ekstrawaganckim i akrobatycznym wyglądem małpy zabijają wszystkich śmiechem. Ich humor pozwolił im nigdy nie zostać wziętym wystarczająco serio, aby być uważanym za niebezpieczne. Żyją oszczędzone w przyszłym umiłowaniu smoka. Będąc towarzyskimi zwierzętami małpy kochają pić i organizować przyjęcia. Ich siłą jest szybkość i zręczność, która pozwala im przeskakiwać szybko z jednego drzewa na drugie.

Klan Żurawi

                Żurawie są znane z ich piękna i siły upadania na duchu, Płacą za swoja wolność, ceną ich próżności jest złapanie Mistrza Żurawia przez smoka i danie go w prezencie Szczurowi Piratowi. Mądrość Żurawi Wyraża się w sztukach, w ich gracji i zręczności.

Klan Pand

                Pandy są uczonymi znawcami oraz najspokojniejszymi wojownikami wśród Klanów. Pomocni i uprzejmi, pandy prowadzą proste życie a ich największym pragnieniem jest wiedza i mądrość. Ich styl Kung Fu jest naturalnie defensywny, wykorzystuje siłę przeciwnika do pokonania go.

Klan Dzików

                Dziki są uważane za nadpobudliwe i ciężko na to zapracowali. Głównie, jako Łowcy Przestępców lub jako przemytnicy. Sformowali przymierze z Dragon Masterem, żeby sterroryzować inne klany. Dziki rozkoszują się w walkach, jedzeniu i wzbogacaniu się. Ich surowość jest podkreślana brutalną siłą oraz potężnym pancerzem.

Klan Szczurów

                Szczury, są wrednymi kanaliami, złodziejami i piratami. Zbierają wszystko to, co ma jakąkolwiek wartość. Żyją w brudzie. Solidarnie atakują w grupach, z uwagi na ich rozmiary i ograniczone siły. Wydaje się prawie, że zniknęła całkowicie ich szlachetność i życzliwość wobec innych klanów, dlatego podporządkowują się całkowicie z własnej woli i współpracują z Mistrzem Smokiem, aby wraz z nim mogły panować nad światem.

Klan Tygrysów

                Inne klany odwoływały się do siły i mądrości tygrysów, którym prestiżu i wpływom zaszkodził tak bardzo Smok. Ta sytuacja groziła wyginięciem tego najsilniejszego gatunku zwierząt. Uważając Smoka, za najniebezpieczniejszego przeciwnika atakują go zaciekle. Niestety zostają złapane i unicestwione.

T’ai Fu

                Osierocony, odarty z dzieciństwa oraz bez żadnych wspomnień o swojej rodzinie i klanie. T'ai’a Fu wychowywany był przez uprzejmy klan Pand. Rósł uczą się sztuki obrony osobistej i sensu odpowiedzialności w życiu innych. Jest jednak jeszcze nastolatkiem. Posiada ciało tygrysa i zdolności buntownika. Ma twardy porywczy charakter, jedyny, który może wyjść zwycięsko ze starcia ze Smokiem. Z resztą jak większość Tygrysów. T’ai jest samotny, skryty, majestatyczny i niewątpliwie zabójczy. Jest uczniem Kung fu obdarzonym talentem, ale niezdyscyplinowany, zawsze w poszukiwaniu krótszych dróg do osiągnięcia celu. Niestety zamiast się uczyć na lekcjach udzielanych przez Mistrza bawi się. Uprawia sporty i ćwiczy sam. Niemniej ma zaufanie do swojej siły fizycznej oraz potęgi tygrysa do wyjścia z trudnych sytuacji. Jest pełen pomysłów, obdarzony niesamowitą wytrzymałością, oraz uporczywym pragnieniem zwycięstwa. Walczy dla dobrej sprawy, ma skłonność do pomagania słabszym i tym, którzy cierpią. T’ai jest dumny z dziedzictwa przekazanego przez jego klan i zamierza mścić się za ich przegrane.

 

Moc Chi

Podczas przechodzenia misji T’ai Fu spotka Si Fu, mądrego Mistrza Modliszkę. Od niego T’ai nauczy się stylu modliszki i sposobu na użycie energii swojego Chi. Ta moc, jest wyświetlana na niebieskiej linii w górnej, prawej części ekranu. Pozwoli T’ai'owi poznać nowe umiejętności i ciosy Kung Fu. Oto ich krótka lista:
1.       EKSPLOZJA CHI – przytrzymaj L1, żeby użyć. W ten sposób zniszczysz wszystkich przeciwników w pobliżu w zasięgu fali uderzeniowej. Eksplozja Chi zużywa znaczną części energii Chi. Może zostać uzupełniona za pomocą pergaminów.
2.       CIOS CHI – wciśnij przyciski kierunkowe w stronę przeciwnika i naciśnij TRÓJKĄT    . Cios Chi zużywa małą ilość mocy w porównaniu do EKSPLOZJI CHI. Również ten cios może być wzmacniany za pomocą pergaminów.
3.       OMBINACJA KONTRATAKU – po udanym zablokowaniu ciosy wroga, zaatakuj go używając tej kombinacji. Kiedy blokujesz cios (przytrzymaj     TRÓJKĄT   ), wciśnij    KWADRAT   trzy razy, potem wciśnij   TRÓJKĄT    , żeby zakończyć kombinację podwójnym ciosem Chi.
skaźnik energii Chi jest uzupełniany, kiedy T’ai wykonuje różne kombinacje ciosów. Podczas wykańczania kombinacji finalnej, przycisk  TRÓJKĄT      błyśnie na zmianę z symbolem ying/Yang na pasku Chi. Analogicznie, kiedy T’ai pozna nowe style Kung Fu zdobędzie więcej możliwości do wykorzystania kombinacji końcowych.
Kiedy T’ai pozna technikę Chi, T’ai znajdzie pergaminy żywiołów Chi, którą będzie mógł zebrać w różnych poziomach. Te pergaminy powiększają jego energię Chi i pozwalają przejmować kontrolę na wszystkimi żywiołami natury, czyli:
·         Ziemią
·         Wiatrem
·         Ogniem
·         Wodą
·         Elektrycznością
Wskaźnik Chi niebieskiego koloru odmierza czas, w którym wstęgi wzmacniaczy pozostają aktywne. Kiedy T’ai podniesie wstęgi wzmacniaczy, wskaźnik Chi zostaje uzupełniony do pełna i zaczyna maleć powoli podczas upływu czasu. Na końcu energia znika i zostają przywrócone wartości początkowe mocy przed zebraniem pergaminu, ale T’ai może uzupełnić wskaźnik wykonując odpowiednie kombinacje.
Środkowa część paska ying/Yang wskazuje ikonę pergaminu Chi, aktualnie używanego przez T’ai'a.
Często moc pergaminu Chi może zostać stracona podczas mentalnych ciosów Kung Fu, które T’ai będzie potrafił wykonać.

Wzmacniacze

1)      1-Up dodatkowe życie, sumowane z aktualnym stanem
2)      Złota Moneta – znajdź ją, aby przejść do kolejnego poziomu
3)      Nefryt – zbierz 50 nefrytów, a dostaniesz dodatkowe życie
4)      Wstęgi:
a)      Nieśmiertelność- kiedy T’ai zdobędzie wstęgę nieśmiertelnej energii Chi, nie może zostać zraniony przez wrogów. Efekt trwa dopóki na wskaźniku Chi jest odpowiednia ilość energii.
b)      Niewidzialność- zbierając tę wstęgę T’ai będzie się mógł poruszać niezauważony przez strażników.

Pergaminy Chi


1)      Ogień
·         Cios: wywołuje ścianę ognia, która spala wszystko, co spotka na swojej drodze
·         Eksplozja: wszyscy przeciwnicy w pobliżu zostają spaleni przez ogniste języki
2)      Piorun
·         Cios: uderza w najbliższego wroga wyładowanie elektrycznym
·         Eksplozja: wszyscy przeciwnicy w pobliżu zostają porażeni piorunami
3)      Wiatr
·         Cios: tworzy tornado, które porusza się po linii okręgu
·         Eksplozja: przeciwnicy wokół zostają porwani przez wiry powietrzne
4)      Ziemia
·         Cios: rzuca ogromny głaz przed T’ai'a, tymczasowo zmieniając trafioną postać w posąg
·         Eksplozja: wszyscy w pobliżu eksplozji zostają przemienieni w kamienne postacie, a następnie zmiażdżeni przez masy ziemi
5)      Woda
·         Cios: wywołuje ścianę spienionej wody przed bohaterem, która niszczy wszystko, co się przed nią pojawi
·         Eksplozja: wrogowie wokół eksplozji zostają odepchnięci przez falę

POSTACIE:

Lo Ping (Mnich Panda)

Lo Ping był mentorem T’ai’a przez okres jego dorastania w Zakonie Pand. Był odpowiedzialny za trening fizyczny i umysłowy Tygrysa. Jest uprzejmym trenerem, gotowym do śmiechu i zabaw. Mnich zachęcił T’ai’a do poszukiwania własnego celu życia i wypełnienia misji, jaka los dla niego przeznaczył.

Si Fu (Mistrz Modliszka)

Był posądzany o posiadanie mistycznych, potężnych mocy. Ta legendarna postać oddaje do dyspozycji młodego adepta sztuk walki całą swoją mądrość i doświadczenie. Mistrz Modliszka nie informuje T’ai’a o jego przeszłości. Mówi za to o dziejach klanu, do którego T’ai należy. Mówi w taki sposób, aby mógł pokierować nastawieniem T’ai’a do wcześniejszych wydarzeń. Si Fu jest bardzo mądry, dzięki czemu posiada moc umożliwiającą wykonanie potężnego ciosu Chi, którego T’ai nie może od razu w pełni opanować. Antyczny Mistrz Kung Fu uczy jak używać ogromnej mocy Chi, aby poprawić swoje umiejętności w walce.

Mistrz Lampart

Mistrz Lampart jest wojowniczym królem. Widział ogromne bitwy, ba, brał w nich czynny udział. Przed walką zawsze obmyśla strategię, co odróżnia go od innych lampartów. Mistrz ten umożliwił T’ai’owi przejście Próby, ponieważ widział podobieństwo pomiędzy nim, a Lau Fu.

Królewna Lotosu

Na początku władczyni nie wykazuje nawet małego zainteresowania T’ai’em. Traktuje go jak natrętnego intruza, którego należy natychmiast złapać i wyrzucić. Będąc wyniosłą i arogancką córką Mistrza Klanu Lampartów od wszystkich bez wyjątku wymaga bezwzględnej posłuszności.

Mistrz Małpa

Dawniej nazywany szaleńcem, Mistrz Małpa jest w rzeczywistości przywódcą mądrym i rozważnym. Małpy same w sobie są towarzyskie i kochają zabawę, a ich Wódz niczym się w tej kwestii od nich nie różni. Jest zdolny do wszystkiego, byleby nie wyszły na jaw jego matactwa, bezradność, błazeństwo i głupota.

Szczur Pirat

Zadomowiony na swoim statku Pirat wiecznie domagający się poklasku, alkoholu, zabawy i jedzenia. Jest pozbawiony skrupułów i bardzo zadowolony, że może służyć równie bezwzględnemu Smokowi. Ten potężny sojusz doprowadził do osiągnięcia ogromnego prestiżu Klanu Szczurów. Prestiżu, którego nigdy wcześniej nie mieli.

Fei Lu (Mistrz Żuraw)

Stworzenie proste i spokojne. Mistrz Żuraw jest znany ze swoich artystycznych tańców i urody. Ma zwinne nogi i ogromne, piękne skrzydła. Jednak jego majestatyczność stał się przyczyną jego upadku. Nie podporządkował się i został wtrącony do klatki, a następnie oddany pod pieczę Pirata.

Lau Fu (Przekleństwo Tygrysów)

Postać epizodyczna, jak gdyby ze snu. Jedyna osoba znająca tajemnicę Klanu Tygrysów.

Mistrz smok

Ostatni ze smoków, Mistrz zrekonstruował swój klan przemieniając węże w smoczych wojowników. Podbił wiele klanów, a resztę zrzucił do „podziemia”. Ambicja i niewiarygodna potęga są częścią jego usposobienia, ale teraz przekształciły się w okrutną hegemonię. Mistrz Smok poznał perfekcyjnie działanie mocy Chi. Po podbiciu pozostałych klanów stał się jeszcze bardziej potężnym czarnoksiężnikiem. Poznał wszystkie tajemnice mocy Chi i Kung Fu.

Wskazówki:

·         Skok z wciśniętym klawiszem trójkąta przed lądowaniem może pomóc ci w pokonaniu wrogów czyhających na bohatera.
·         Raz zdobyta energia Chi na zawsze pozostanie w twoim posiadaniu
·         Wykonuj kombinacje ciosów, żeby uzupełnić wskaźnik energii. Możesz go także napełnić za pomocą pergaminów i wzmacniaczy.
·         Prowokując przeciwnika po wykonanej sekwencji ciosów poprawiasz morale T’ai’a
·         Szukaj najbardziej odpowiadających ci i najbardziej efektywnych kombinacji różnych stylów, aby osiągnąć jak najlepszy wynik
·         Po co walczyć z kimś kogo możesz wrzucić do ognia?
·         Atak w powietrzu może znacznie wydłużyć długość skoku
·         Próbuj wciskać klawisz lotu w kulminacyjnym momencie aby uzyskać jak najdłuższy lot
·         Nie zapominaj o blokowaniu ataków
·         Aby włączyć MENU wciśnij START podczas przeglądania mapy

Recenzja


Dnia 20 października Roku Pańskiego 2003 miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Otóż siedząc sobie na sofie, popijając Kubusia i katując niemiłosiernie mojego kochanego szaraczka w Tekkena 3 przyszedł do mnie tata. Ot nic specjalnego. Ale przychodzi, siada i mówi do mnie, że kupił jakąś grę, ale nie ma pojęcia czy jest ciekawa. No, więc ja, jako młody wówczas- zaledwie siedmioletni chłopaczek zabrałem się do testowania gry. Piękne pudełko i postać na nim, która do dzisiaj przeraża mnie swoim pięknym perfekcjonizmem i genialnym, dumnym spojrzeniem, zupełnie takie jak ma się mając wszystko gdzieś, będąc zupełnie pewnym swoich możliwości i atutów.
Ową grą była T'ai Fu: Wrath of the Tiger. Gra opowiadająca historię tygrysa (tak nie pomyliłem się – gra opowiada o losach tygrysa), który z jakichś przyczyn był jedynym w swoim gatunku. To znaczy: nie wiedział nic o swoim pochodzeniu. Wychowywał się w klasztorze pod okiem Lo Pinga. Pewnego razu jednak klasztor zostaje zaatakowany przez złego smoka i grupkę jemu podległych rzezimieszków, którzy przybyli tutaj właśnie z powodu obawy przez T'ai’em. Mistrz Smok bardzo się jednak rozczarowuje widząc słabość T’ai’a, szybko pokonuje go i wraca do swoich codziennych zajęć. T’ai jednak o dziwo żyje, wstaje, liże rany i postanawia dowiedzieć się o co chodzi i zemścić na Smoku za poturbowanie swojego opiekuna i samego siebie. W ten oto sposób nasz kociak wyrusza w Świat, aby dowiedzieć się co nieco o swojej przeszłości. Gra zaczyna się banalnie, standardowo i nudno w gruncie rzeczy, ale za to potem jest coraz ciekawiej.
Grafika w grze prezentuje się bardzo dobrze. Zróżnicowane lokacje, ciekawie wykonani przeciwnicy, pełny trójwymiar, za(pipi)ste efekty combosów (naprawdę Tekken się przy tym chowaJ ), podwyższona rozdzielczość i prześliczne tła. Naprawdę od strony grafiki grze nie mam nic do zarzucenia. I pomimo iż posiadam PS3 i naprawdę mocnego kompa to patrzę na Tai Fu z przyjemnością. Zdarzają się oczywiście nie do końca przemyślane rozwiązania. Jednym z nich jest czarny kolor żmij w etapach z wulkanów- zwyczajnie ich nie widać. Jest czarne tło i przeciwnicy pojawiają się i znikają zanim zdążymy wyprowadzić cios. To jest utrudnieniem chyba nie specjalnie wdrożonym do gry przez twórców. Bardzo mi się podobały nawiązania do Chin i kultury Państwa Środka. Jako że gra jest osadzona w takich właśnie poziomach nie zdziwiło mnie to że każdy przeciwnik jest zwierzęciem, czy to że mamy możliwość otłuczenia mord dzikom na Wielkim Murze. Od strony graficznej nie mam do panów z Activision i Dream Works nic do zarzucenia.
Muzyka w grze jest dobra i tworzył ją nie byle kto bo autor soundtracków do wielu gier m.in. Alone In the Dark czyli Michael Giacchino. Nie są to jakieś niesamowite kawałki wpadające w ucho melodie, ale przyzwoite wykonana muzyka, dobrze dobrana stylistycznie do klimatu i sytuacji w grze. Na uwagę zasługują również dźwięki czarów, combosów czy odgłosy wydawane przez przeciwników. Te stoją naprawdę na wysokim poziomie. Są zróżnicowane, zawsze pasujące do momentu i naprawdę miodnie brzmią. Zwłaszcza przy walkach z bossami. Podobnie jak od strony graficznej do dźwięku nie ma za bardzo z czym się przyczepić. Można trochę narzekać, że szeleszczące liście brzmią lekko sztucznie, ale cóż – patrząc z perspektywy czasu DreamWorks nie miało znowu jakichś ogromnych pieniędzy na tą produkcję, więc jestem w stanie im to wybaczyć.
Gra jest skrzyżowaniem (udanym zresztą) platformówki, gry akcji i bijatyki. Kładzie nacisk zwłaszcza na tę ostatnią. Przechodząc grę, zauważamy umiejętnie wplecione elementy platformówki, jako mini poziomu, w którym musimy nauczyć się nowych ciosów, bądź kombinacji. Jest to bardzo ciekawe rozwiązanie. Nie najnowsze może, ale na pewno praktyczne. W grze nie ma zbyt wielu zagadek, mamy kilka momentów, w których musimy ruszyć głową, ale są one nieliczne. Głównie brniemy przed siebie rozwalając tłumy przeciwników i wbijając jak największe ilości kombinacji. Mmmm. Skoro jesteśmy już przy kombinacjach warto wspomnieć o tym, że tai walczy różnymi stylami. Na początku bohater umie tylko podstawowy styl TIGER, ale potem jego wachlarz umiejętności znaczenie się zwiększa i mamy dostęp do kolejnych sześciu styli. Dodatkowo style te można łączyć, co powoduje, że jesteśmy w stanie wykonać naprawdę ogromną i niesamowitą ilość ciosów combo. Elementów platformówki nie ma zbyt wiele, ale jak już są to niesamowicie trudne. Naprawdę rzadko która gra tak mnie irytowała, kiedy po raz –enty podchodziłem do tej samej przeszkody i zdarzało mi się ją minąć. Gra naprawdę potrafi być frustrująca. Ale tylko czasami. W zdecydowanej większości stawia na miodność i radochę z obijania mord. I robi to naprawdę dobrze. Przez całe 12h rozgrywki nie nudzimy się wcale. Naprawdę gdyby gra miała kilka zakończeń, to nawet bym pokusił się o jej przejście kilkanaście raz, niestety po dwóch razach mam dosyć.

Podsumowując: gra bardzo dobra, ale jak dla mnie zdecydowanie za krótka. Sequela nie ma i na razie nic o nim nie słychać, więc pewnie nie powstaje. Nie mamy możliwości dowiedzenia się co będzie dalej z T’ai’em kiedy już pozna swoją tożsamość i swoje pochodzenie. A szkoda, bo gra jest naprawdę udana i twórcy nie mają się czego wstydzić. Grę polecam wszystkim, którzy lubią niczym nieskrępowaną bijatykę z całkiem niegłupią fabułą, dającą mnóstwo zabawy i sprawiającą jeszcze więcej frajdy.


Plusy:
• Grafika
• Muzyka
• Fabuła
• Lokacje (zwłaszcza monument tygrysów gdzie Tai dowiaduje się o tragicznej przeszłości jego przodków)
• Bohater
• Design postaci
• Efekty walki
• System combo z łączeniem ciosów
• Klimat
• Świetny dubbing w wersji ITA


Minusy
• Krótka- 12h na taką grę to zdecydowanie za mało, po jej przejściu czuje się niedosyt
• Kilka bugów, które nie powinny znaleźć się w produkcji od Activision i DreamWorks (w Cross Roads cz. 2 zamiast skakać na kolejne platformy możemy iść po dachu budynku i w ten sposób ominąć żmudne przeszkody i szybko zdobyć monetę)

 UWAGA: Poradnik dostępny będzie w całości tutaj:

czwartek, 22 marca 2012

[PSX Review] T'ai Fu: Wrath of the Tiger

Cześć.
Już niedługo na blogu pojawi się art o tej genialnej grze podanej w tytule. :) Zacząłem współpracę z arhn.eu - mam nadzieję, że owocną i o ile pozwoli czas to postaram się pisać więcej, po to, aby można mnie było nazwać pełnoprawnym bloggerem. Tak więc do następnego razu!

niedziela, 11 marca 2012

Brak weny

Hej.

Niestety nie mam żadnego artykułu, który mógłbym upublicznić. Zająłem się teraz pewnym projektem, o którym wkrótce się dowiecie. Cierpię tez tak jakby na brak weny twórczej przez co wiele tematów poszło do kosza. :/ Przepraszam za to i obiecuję poprawę. Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie teraz. Tymczasem miłego dnia.


niedziela, 4 marca 2012

[Film Review] Labirynt Fauna

Nie jestem człowiekiem, który wszystkie decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej uważa za dobre. Co więcej wiele z nich według mnie jest kontrowersyjnych i spornych. Niemniej jednak 3 Oscary dla nie anglojęzycznego filmu fantasy zainteresowało mnie na tyle, żebym pokusił się o obejrzenie tegoż filmu. I tak doszedłem do wniosku, że obejrzenie i głębsze zastanowienie się nad sensem „Labiryntu Fauna” będzie kolejnym tematem na moim blogu. 

Na samym początku musimy się zastanowić do jakiego gatunku zaliczyć ten film. I tu reżyser już stawia przed nami wyzwanie. Bo czym tak naprawdę jest „Labirynt Fauna”? Opowieścią fantasy czy dramatem wojennym? Nikt chyba oprócz samego Guillermo del Toro i jego scenarzystów tego nie wie. Aby być pewnym co do kategorii w jakiej należy umieścić film należałoby być jednym z ludzi, którzy byli obecni przy pisaniu do niego scenariuszu. Ja przyporządkowałbym film zarówno do dramatu, fantasy, przygody, thrillera. Nie sądzę, aby w jednej z kategorii można ująć całe przesłanie tego dzieła. Twórcy filmu dali nam do rozkoszowania się twór ze wszech miar niezwykły i niepowtarzalny. Zadziwiający i ciekawy. Wciągający ale skłaniający do przemyśleń. Film trudny ale jednocześnie przystępny dla widza. Nie oznacza to oczywiście, że film jest pozbawiony wad. O nie! Wad kilka się znajdzie, ale o nich opowiem na końcu, ponieważ nie chcę psuć efektu. Gatunek do jakiego zaliczyć „Labirynt Fauna”  najprościej można nazwać właśnie dramatem fantasy, ale nie jest to opis pełny. Jest to opis dobry, ale nie zawierający w sobie wszystkiego co film widzowi oferuje. Po tym krótkim wstępie zastanawiasz się pewnie jak film tak „inny” mógł dostać aż 3 Oscary, kiedy przecież członkowie Akademii nie lubią filmów oryginalnych. Preferują raczej sprawdzone, znane i lubiane marki. Okazuje się jednak, że ilość nagród jaką film zdobył jest adekwatna do jego jakości. W tym również i osoby, które zdecydowały o przyznaniu dla filmu tych najważniejszych nagród filmowych nie popełniły błędu. Film w pełni zasługuje na takie wyróżnienie. Sam fakt, że nie jest to film z Hollywood już daje dużo do myślenia. Film fantasy nie wyprodukowany w Stanach najczęściej jest kichą z powodu niewielkiego budżetu. Nie tym razem. Del Toro pomimo stosunkowo niewielkiego budżetu stworzył film jakością nie odbiegający od wielkich komercyjnych hollywoodzkich hitów. Tym bardziej zaciekawia to, że film wyprodukowano w Hiszpanii oraz, że w filmie dialogi są w języku ojczyzny obrazu (dla mniej spostrzegawczych jest to język hiszpański). Powtórzmy więc – hiszpańskojęzyczny dramat fantasy reżyserii Guillermo del Toro zdobywa 3 Oscary w 2006 roku. Pozwolisz, że powtórzę pytanie – dlaczego? Wszak reżyser ten ma na końce crapy pokroju „Kręgosłupa Diabła” czy „Hellboya”. Jak widać nic z tego co wymieniłem nie tłumaczy wcale decyzji członków Akademii. Nasuwa się więc jedyny logiczny wniosek. Film „Labirynt Fauna” jest dziełem bardzo dobrym. 

Historia opowiedziana w filmie tylko na początku wydaje się być banalna i prosta. Reżyser wespół ze scenarzystami uświadamiają nam, że główną bohaterką filmu od początku do końca będzie dwunastoletnia dziewczynka o dźwięcznie brzmiącym imieniu Ofelia. Co w niej takiego niezwykłego? Ano właściwie niewiele, jedynie co bohaterkę odróżnia od innych dzieci jest jej ojczym – Kapitan Valid. Sadystyczny i okrutny żołnierz, zaprawiony w trudach wojny, przyzwyczajony do brutalności i cierpienia. Ojciec Ofelii zmarł i razem z matką została przygarnięta przez kapitana. Już na samym początku zauważamy, że reżyser chciał przedstawić kontrastowość postaci Ofelii na tle Valida. Ona, mała, drobna i niewinna dziewczynka, a on potężny i bezwzględny morderca. Po oględnym poznaniu czarnego charakteru w filmie i zobaczeniu jego twarzy odnosimy wrażenie, że nie jest to film dla dzieci. Dziwne. Tytuł temu przeczy. Ale jednak tak jest. „Labirynt Fauna” jest filmem tylko dla dojrzałych emocjonalnie ludzi, nie tylko przez wygląd kapitana ale przez wiele różnych scen, które w nim będą obecne oraz przez głębię całego filmu, przez ukryty sens, którego nigdy nie poznamy w pełni. Akcja toczy się w ciężkich dla Hiszpanii czasach terroru generała Franco i wojny domowej. Wbrew pozorom kapitana Valida nie możemy od razu nazwać czarnym charakterem i popełniłem błąd nazywając go tak wcześniej, zrobiłem to celowo, aby pokazać różnicę pomiędzy nim a Ofelią. Teraz postaram się sprostować wszystko tak, aby było to bardziej zrozumiałe. Ojczym Ofelii posiada wszystkie te cechy, które wymieniłem wcześniej, ale nie sądzę, aby one mogły go skazywać na nazwanie „czarnym charakterem”, posiada on bowiem oprócz tych cech wiele innych, dobrych, takich, które robią z niego dobrego gospodarza i dowódcę. Nie można go więc jednoznacznie określić mianem tego „złego” w filmie. Podobnie sprawa ma się z Ofelią. Pomimo tego, że jest ona główną bohaterką filmu, to nie jest zupełnie „dobra”. W ogóle oceniając film obiektywnie nie można stwierdzić kto jest dobry, a kto nie,  kto istnieje, a kto nie. Wiele sytuacji w filmie dla mnie było niezrozumiałych. Nie chcę robić spojlerów, więc ominę sytuacje, które mogłyby zepsuć wrażenia przy oglądaniu filmu. Wracając do scenariusza i historii. Ofelia przyjeżdża do domu, i obok niego znajduje tytułowy labirynt, a w nim Fauna. Faun nazywa ją księżniczką i prosi o wykonanie 3 zadań. Ofelia zgadza się bez zastanowienia z czego Faun jest niezmiernie zadowolony. Historia zakrawa o trywializm i hollywoodzką prostotę. Na szczęście jednak w miarę rozwoju akcji w filmie do tego pozornie prostego motywu dochodzą smaczki, wciągająca nas w wir rozmyślań bardziej niż sam niby główny wątek fabularny. Żeby nie zepsuć efektu to zdradzę jedynie, że bohaterka wykonana powierzone jej zadania.
Del Toro nie miał do rozdysponowania wielkiej sumy pieniędzy. Film został zrealizowany niewielkimi w porównaniu do kasowych, amerykańskich hitów środkami. Jednak wcale tego nie widać. Scenografia filmu, efekty specjalne, charakteryzacja, wszystko stoi tu na najwyższym poziomie. Ale nie to decyduje o sile filmu. Pomysł z jakim zrealizowano elementy fantasy jest niesamowity. Potwór z jakim przyjdzie się zmierzyć Ofelii jest jedyny w swoim rodzaju. Nie spotkałem nigdy wcześniej później istoty podobnej wyglądem czy zachowaniem do tego „bezokiego” monstrum. Film jest niezwykle dopracowany i jego odbiór artystyczny jest niezwykle interesujący. W dziele nie uświadczymy niedociągnięć czy nieścisłości. Wszystko jest logiczne i przemyślane nawet jeżeli na początku na takie nie wygląda. Co więcej film przewyższa inne tym co dla widza jest najważniejsze – ogólnie pojętym „światem” lub inaczej miejscem akcji. Sfera fantasy jest przedstawiona w iście mistrzowski, niekonwencjonalny i oryginalny sposób. Mamy tutaj do czynienia z ogromną wyobraźnią twórców, ich genialne pomysły na wygląd, zachowanie Fauna, czy choćby sam labirynt. Wszystko to jest niesamowicie ciekawe i interesujące.

Podobnie sprawa ma się z grą aktorską. Pomimo, że w filmie nie ma jakichś gwiazd to każda z postaci jest zagrana fenomenalnie. I nie mówię tu tylko o postaciach pierwszoplanowych. Również te drugo i trzecioplanowe, a nawet te występujące w filmie epizodycznie SA zagrane świetnie. Każda ma swój niepowtarzalny charakter, który widz może bez problemu „poczuć” oglądając film. Nie ma tutaj postaci płytkich, każda jest wyrazista i dokładna. Reżyser włożył naprawdę wiele pracy w dobór aktorów. Sama główna bohaterka jest zagrana bardzo dobrze. Pomimo młodego wieku aktorki nie można zauważyć nawet najmniejszego niedopracowania i nieprofesjonalności w grze aktorskiej. Jednym słowem – ideał.
Kolejnym ważnym aspektem filmu, jest muzyka. I tutaj należy się zatrzymać na dłuższą chwilę, ponieważ w filmie muzyki jako takiej nie ma. Pojawia się ona tylko w kilku momentach i jest tak cicha i mało wyraźna, że nawet jej nie zauważamy. Jedynie na początku otrzymujemy mocne nuty, potem muzyka tak jakby zanika. Pojawia się jeszcze podczas sceny, w której niania Ofelii śpiewa jej kołysankę. Raptem może 5 minut jakiejkolwiek muzyki w 2 godzinnym filmie. To zdecydowanie za mało. Widz oglądając niewątpliwe arcydzieło del Toro nieraz ma wrażenie jakby muzyka grała gdzieś w tle, kiedy tak naprawdę jej nie ma. Ludzka psychika domaga się wzniosłych, patetycznych utworów w niektórych momentach, natomiast reżyser miał widocznie inne zdanie i nie dostarczył nam w pełni ekstazy dźwięku. 

Jeżeli Czytelniku nie oglądałeś jeszcze filmu proszę Cię omiń ten akapit, gdyż będzie w nim dużo spojlerów i ujawnień fabuły. Musisz się zadowolić krótkim podsumowaniem – „Labirynt Fauna” jest filmem bardzo dobrym, który warto obejrzeć. Nie jest to film dla dzieci. To dorosła, dramatyczna historia o wielkich i wzniosłych rzeczach.

A dla tych, którzy film oglądali mam dużo więcej.
Nieobecność muzyki w filmie można wytłumaczyć. Cały czas akcja toczy się wokół Ofelii. To ona jest jakby centrum wszystkiego. Co w gruncie rzeczy takie dziwne nie jest. W końcu to opowieść o niej i to ona jest główną bohaterką. Zastanówmy się więc co reżyser chciał przekazać przez to, że cały film jest jakby otoczką dla tej małej (fizycznie) postaci. Moim zdaniem „Labirynt Fauna” już od początku miał być filmem opowiadającym o losach dziecka podczas wojny. I tak rzeczywiście jest. Jednak film nie byłby taki dobry, gdyby wszystko podano nam na tacy od razu. Początek filmu nie mówi wiele, poznajemy Ofelię i jej ojczyma. Dowiadujemy się o sytuacji w Hiszpanii, o regułach panujących w obozie żołnierzy generała Franco. Potem reżyser ubarwia ta historię odwołując się w wyobraźni dziewczynki. Tak. Wyobraźni. Bo w rzeczywistości, o czym dowiemy się na końcu filmu Faun nie istnieje. Jest on Tylku iluzją, wymysłem Ofelii. Wymysłem, który nie jest bezpodstawny. Ofelia ucieka do świata fantasy przed okrucieństwem, które ją otacza. Nie chodzi tu tylko o wojnę i ojczyma. Ofelii zostanie zabrane wszystko co kocha. Najpierw straci ojca, potem matkę. Zostanie faktycznie sama i tylko niania Mercedes będzie jej „medium” realnego świata. Cała reszta jest według Ofelii czymś niepotrzebnym. Czymś co nie istnieje i nigdy nie miało prawa istnieć. Reżyser stosując nieścisłości w fabule przedstawia nam obraz dziecka na tle okrucieństwa świata. Poniekąd mamy przedstawioną ideę mesjanizmu, gdyż Ofelia umiera nie chcąc oddać w ręce Valida swojego przyrodniego brata. Poświęca życie dla niego, chociaż w gruncie rzeczy sama jest sobie winna. Wydaje Ci się Czytelniku, że znasz skądś tą historię? Nie mylisz się. Podobna sytuacja miała miejsce w ewangeliach. Oto Chrystus oddaje życie na krzyżu za ludzi, kiedy patrząc obiektywnie sam jest sobie winien (w końcu jakby na to nie patrzeć dla Żydów głosił herezję, niszczył ich dobytek – wyrzucenie kupców ze świątyni). Spieszę od razu z wyjaśnieniem – tak, jestem człowiekiem wierzącym. Staram się jednak na wszystko patrzeć obiektywnie. Nie wierzyć w to czego mnie nauczono, a w to co według mnie jest prawdą. Wracając do filmu, co reżyser chciał osiągnąć tak naginając fakty? Moim zdaniem chciał wyolbrzymić zło jakie panuje wokół tego maleńkiego dziecka i przedstawić jako kwintesencję dobra, które w głębi duszy czai się w każdym człowieku. Wszyscy wiemy, że zło jest łatwiejsze niż dobro, to co złe przychodzi nam łatwiej, bezpieczniej i ogólnie lepiej. Ale to jest nadal zło. Przykładowo, ile byśmy nie pomagali ludziom, ile byśmy się nie wysilali żeby to im było dobrze ale mielibyśmy w tym jakąś korzyść to byłoby to nadal złe (zauważyliście aluzję do WOŚPu?). W filmie jest podobnie. Pomimo zalet kapitana, jego zdyscyplinowania, charyzmy i niewątpliwego geniuszu organizacyjnego przegrywa z kretesem wobec przeważających sił wroga. I tak naprawdę to kapitan Valid jest w obrazie del Toro postacią tragiczną. On walczy o teoretyczne dobro. Znowuż mamy rozbieżność fabularną.  Jak to jest, że Valid, okrutny i bezwzględny człowiek bez sumienia walczy o dobro? Nie wiem. Żeby się dowiedzieć musiałbym wejść do głowy scenarzystów i reżysera. Fakty są takie, jakie są i tego nic nie zmieni. Pierwszym moim podsumowaniem filmu miało być stwierdzenie, że film jest opowieścią o wielkim źle jakim jest wojna i o trudnych losach dziecka w tejże rzeczywistości. Po zastanowieniu się jednak doszedłem do wniosku, że wcale tak być nie musi. Film równie dobrze może być archetypem jak i ewolucją zła czyniącego dobro i na odwrót, dobra czyniącego zło. Rozważając wszystkie za i przeciw dochodzę do wniosku, że reżyser wcale nie miał na myśli ukazanie tragizmu wojny, tylko raczej próbował powiedzieć nam, że nic nie jest tak oczywiste jakbyśmy tego chcieli i nie zawsze to co nam się wydaje musi być dobrem lub złem.  Zacytuję więc znanego polskiego pisarza – „Nie ma dobra, istnieje tylko zło i mniejsze zło”. Czyżby reżyser miał na myśli podobną sentencję? Możliwe, ale chyba nigdy tego się nie dowiemy. W każdym razie polecam „Labirynt Fauna” każdemu miłośnikowi trudnych filmów, filmów które nie chcą mówić wszystkiego od razu, a wolą dawkować przyjemności w sposób stonowany i oryginalny.
Ocena: 6/6