Nie jestem człowiekiem, który wszystkie decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej uważa za dobre. Co więcej wiele z nich według mnie jest kontrowersyjnych i spornych. Niemniej jednak 3 Oscary dla nie anglojęzycznego filmu fantasy zainteresowało mnie na tyle, żebym pokusił się o obejrzenie tegoż filmu. I tak doszedłem do wniosku, że obejrzenie i głębsze zastanowienie się nad sensem „Labiryntu Fauna” będzie kolejnym tematem na moim blogu.
Na samym początku musimy się zastanowić do jakiego gatunku zaliczyć ten film. I tu reżyser już stawia przed nami wyzwanie. Bo czym tak naprawdę jest „Labirynt Fauna”? Opowieścią fantasy czy dramatem wojennym? Nikt chyba oprócz samego Guillermo del Toro i jego scenarzystów tego nie wie. Aby być pewnym co do kategorii w jakiej należy umieścić film należałoby być jednym z ludzi, którzy byli obecni przy pisaniu do niego scenariuszu. Ja przyporządkowałbym film zarówno do dramatu, fantasy, przygody, thrillera. Nie sądzę, aby w jednej z kategorii można ująć całe przesłanie tego dzieła. Twórcy filmu dali nam do rozkoszowania się twór ze wszech miar niezwykły i niepowtarzalny. Zadziwiający i ciekawy. Wciągający ale skłaniający do przemyśleń. Film trudny ale jednocześnie przystępny dla widza. Nie oznacza to oczywiście, że film jest pozbawiony wad. O nie! Wad kilka się znajdzie, ale o nich opowiem na końcu, ponieważ nie chcę psuć efektu. Gatunek do jakiego zaliczyć „Labirynt Fauna” najprościej można nazwać właśnie dramatem fantasy, ale nie jest to opis pełny. Jest to opis dobry, ale nie zawierający w sobie wszystkiego co film widzowi oferuje. Po tym krótkim wstępie zastanawiasz się pewnie jak film tak „inny” mógł dostać aż 3 Oscary, kiedy przecież członkowie Akademii nie lubią filmów oryginalnych. Preferują raczej sprawdzone, znane i lubiane marki. Okazuje się jednak, że ilość nagród jaką film zdobył jest adekwatna do jego jakości. W tym również i osoby, które zdecydowały o przyznaniu dla filmu tych najważniejszych nagród filmowych nie popełniły błędu. Film w pełni zasługuje na takie wyróżnienie. Sam fakt, że nie jest to film z Hollywood już daje dużo do myślenia. Film fantasy nie wyprodukowany w Stanach najczęściej jest kichą z powodu niewielkiego budżetu. Nie tym razem. Del Toro pomimo stosunkowo niewielkiego budżetu stworzył film jakością nie odbiegający od wielkich komercyjnych hollywoodzkich hitów. Tym bardziej zaciekawia to, że film wyprodukowano w Hiszpanii oraz, że w filmie dialogi są w języku ojczyzny obrazu (dla mniej spostrzegawczych jest to język hiszpański). Powtórzmy więc – hiszpańskojęzyczny dramat fantasy reżyserii Guillermo del Toro zdobywa 3 Oscary w 2006 roku. Pozwolisz, że powtórzę pytanie – dlaczego? Wszak reżyser ten ma na końce crapy pokroju „Kręgosłupa Diabła” czy „Hellboya”. Jak widać nic z tego co wymieniłem nie tłumaczy wcale decyzji członków Akademii. Nasuwa się więc jedyny logiczny wniosek. Film „Labirynt Fauna” jest dziełem bardzo dobrym.
Historia opowiedziana w filmie tylko na początku wydaje się być banalna i prosta. Reżyser wespół ze scenarzystami uświadamiają nam, że główną bohaterką filmu od początku do końca będzie dwunastoletnia dziewczynka o dźwięcznie brzmiącym imieniu Ofelia. Co w niej takiego niezwykłego? Ano właściwie niewiele, jedynie co bohaterkę odróżnia od innych dzieci jest jej ojczym – Kapitan Valid. Sadystyczny i okrutny żołnierz, zaprawiony w trudach wojny, przyzwyczajony do brutalności i cierpienia. Ojciec Ofelii zmarł i razem z matką została przygarnięta przez kapitana. Już na samym początku zauważamy, że reżyser chciał przedstawić kontrastowość postaci Ofelii na tle Valida. Ona, mała, drobna i niewinna dziewczynka, a on potężny i bezwzględny morderca. Po oględnym poznaniu czarnego charakteru w filmie i zobaczeniu jego twarzy odnosimy wrażenie, że nie jest to film dla dzieci. Dziwne. Tytuł temu przeczy. Ale jednak tak jest. „Labirynt Fauna” jest filmem tylko dla dojrzałych emocjonalnie ludzi, nie tylko przez wygląd kapitana ale przez wiele różnych scen, które w nim będą obecne oraz przez głębię całego filmu, przez ukryty sens, którego nigdy nie poznamy w pełni. Akcja toczy się w ciężkich dla Hiszpanii czasach terroru generała Franco i wojny domowej. Wbrew pozorom kapitana Valida nie możemy od razu nazwać czarnym charakterem i popełniłem błąd nazywając go tak wcześniej, zrobiłem to celowo, aby pokazać różnicę pomiędzy nim a Ofelią. Teraz postaram się sprostować wszystko tak, aby było to bardziej zrozumiałe. Ojczym Ofelii posiada wszystkie te cechy, które wymieniłem wcześniej, ale nie sądzę, aby one mogły go skazywać na nazwanie „czarnym charakterem”, posiada on bowiem oprócz tych cech wiele innych, dobrych, takich, które robią z niego dobrego gospodarza i dowódcę. Nie można go więc jednoznacznie określić mianem tego „złego” w filmie. Podobnie sprawa ma się z Ofelią. Pomimo tego, że jest ona główną bohaterką filmu, to nie jest zupełnie „dobra”. W ogóle oceniając film obiektywnie nie można stwierdzić kto jest dobry, a kto nie, kto istnieje, a kto nie. Wiele sytuacji w filmie dla mnie było niezrozumiałych. Nie chcę robić spojlerów, więc ominę sytuacje, które mogłyby zepsuć wrażenia przy oglądaniu filmu. Wracając do scenariusza i historii. Ofelia przyjeżdża do domu, i obok niego znajduje tytułowy labirynt, a w nim Fauna. Faun nazywa ją księżniczką i prosi o wykonanie 3 zadań. Ofelia zgadza się bez zastanowienia z czego Faun jest niezmiernie zadowolony. Historia zakrawa o trywializm i hollywoodzką prostotę. Na szczęście jednak w miarę rozwoju akcji w filmie do tego pozornie prostego motywu dochodzą smaczki, wciągająca nas w wir rozmyślań bardziej niż sam niby główny wątek fabularny. Żeby nie zepsuć efektu to zdradzę jedynie, że bohaterka wykonana powierzone jej zadania.
Del Toro nie miał do rozdysponowania wielkiej sumy pieniędzy. Film został zrealizowany niewielkimi w porównaniu do kasowych, amerykańskich hitów środkami. Jednak wcale tego nie widać. Scenografia filmu, efekty specjalne, charakteryzacja, wszystko stoi tu na najwyższym poziomie. Ale nie to decyduje o sile filmu. Pomysł z jakim zrealizowano elementy fantasy jest niesamowity. Potwór z jakim przyjdzie się zmierzyć Ofelii jest jedyny w swoim rodzaju. Nie spotkałem nigdy wcześniej później istoty podobnej wyglądem czy zachowaniem do tego „bezokiego” monstrum. Film jest niezwykle dopracowany i jego odbiór artystyczny jest niezwykle interesujący. W dziele nie uświadczymy niedociągnięć czy nieścisłości. Wszystko jest logiczne i przemyślane nawet jeżeli na początku na takie nie wygląda. Co więcej film przewyższa inne tym co dla widza jest najważniejsze – ogólnie pojętym „światem” lub inaczej miejscem akcji. Sfera fantasy jest przedstawiona w iście mistrzowski, niekonwencjonalny i oryginalny sposób. Mamy tutaj do czynienia z ogromną wyobraźnią twórców, ich genialne pomysły na wygląd, zachowanie Fauna, czy choćby sam labirynt. Wszystko to jest niesamowicie ciekawe i interesujące.
Podobnie sprawa ma się z grą aktorską. Pomimo, że w filmie nie ma jakichś gwiazd to każda z postaci jest zagrana fenomenalnie. I nie mówię tu tylko o postaciach pierwszoplanowych. Również te drugo i trzecioplanowe, a nawet te występujące w filmie epizodycznie SA zagrane świetnie. Każda ma swój niepowtarzalny charakter, który widz może bez problemu „poczuć” oglądając film. Nie ma tutaj postaci płytkich, każda jest wyrazista i dokładna. Reżyser włożył naprawdę wiele pracy w dobór aktorów. Sama główna bohaterka jest zagrana bardzo dobrze. Pomimo młodego wieku aktorki nie można zauważyć nawet najmniejszego niedopracowania i nieprofesjonalności w grze aktorskiej. Jednym słowem – ideał.
Kolejnym ważnym aspektem filmu, jest muzyka. I tutaj należy się zatrzymać na dłuższą chwilę, ponieważ w filmie muzyki jako takiej nie ma. Pojawia się ona tylko w kilku momentach i jest tak cicha i mało wyraźna, że nawet jej nie zauważamy. Jedynie na początku otrzymujemy mocne nuty, potem muzyka tak jakby zanika. Pojawia się jeszcze podczas sceny, w której niania Ofelii śpiewa jej kołysankę. Raptem może 5 minut jakiejkolwiek muzyki w 2 godzinnym filmie. To zdecydowanie za mało. Widz oglądając niewątpliwe arcydzieło del Toro nieraz ma wrażenie jakby muzyka grała gdzieś w tle, kiedy tak naprawdę jej nie ma. Ludzka psychika domaga się wzniosłych, patetycznych utworów w niektórych momentach, natomiast reżyser miał widocznie inne zdanie i nie dostarczył nam w pełni ekstazy dźwięku.
Jeżeli Czytelniku nie oglądałeś jeszcze filmu proszę Cię omiń ten akapit, gdyż będzie w nim dużo spojlerów i ujawnień fabuły. Musisz się zadowolić krótkim podsumowaniem – „Labirynt Fauna” jest filmem bardzo dobrym, który warto obejrzeć. Nie jest to film dla dzieci. To dorosła, dramatyczna historia o wielkich i wzniosłych rzeczach.
A dla tych, którzy film oglądali mam dużo więcej.
Nieobecność muzyki w filmie można wytłumaczyć. Cały czas akcja toczy się wokół Ofelii. To ona jest jakby centrum wszystkiego. Co w gruncie rzeczy takie dziwne nie jest. W końcu to opowieść o niej i to ona jest główną bohaterką. Zastanówmy się więc co reżyser chciał przekazać przez to, że cały film jest jakby otoczką dla tej małej (fizycznie) postaci. Moim zdaniem „Labirynt Fauna” już od początku miał być filmem opowiadającym o losach dziecka podczas wojny. I tak rzeczywiście jest. Jednak film nie byłby taki dobry, gdyby wszystko podano nam na tacy od razu. Początek filmu nie mówi wiele, poznajemy Ofelię i jej ojczyma. Dowiadujemy się o sytuacji w Hiszpanii, o regułach panujących w obozie żołnierzy generała Franco. Potem reżyser ubarwia ta historię odwołując się w wyobraźni dziewczynki. Tak. Wyobraźni. Bo w rzeczywistości, o czym dowiemy się na końcu filmu Faun nie istnieje. Jest on Tylku iluzją, wymysłem Ofelii. Wymysłem, który nie jest bezpodstawny. Ofelia ucieka do świata fantasy przed okrucieństwem, które ją otacza. Nie chodzi tu tylko o wojnę i ojczyma. Ofelii zostanie zabrane wszystko co kocha. Najpierw straci ojca, potem matkę. Zostanie faktycznie sama i tylko niania Mercedes będzie jej „medium” realnego świata. Cała reszta jest według Ofelii czymś niepotrzebnym. Czymś co nie istnieje i nigdy nie miało prawa istnieć. Reżyser stosując nieścisłości w fabule przedstawia nam obraz dziecka na tle okrucieństwa świata. Poniekąd mamy przedstawioną ideę mesjanizmu, gdyż Ofelia umiera nie chcąc oddać w ręce Valida swojego przyrodniego brata. Poświęca życie dla niego, chociaż w gruncie rzeczy sama jest sobie winna. Wydaje Ci się Czytelniku, że znasz skądś tą historię? Nie mylisz się. Podobna sytuacja miała miejsce w ewangeliach. Oto Chrystus oddaje życie na krzyżu za ludzi, kiedy patrząc obiektywnie sam jest sobie winien (w końcu jakby na to nie patrzeć dla Żydów głosił herezję, niszczył ich dobytek – wyrzucenie kupców ze świątyni). Spieszę od razu z wyjaśnieniem – tak, jestem człowiekiem wierzącym. Staram się jednak na wszystko patrzeć obiektywnie. Nie wierzyć w to czego mnie nauczono, a w to co według mnie jest prawdą. Wracając do filmu, co reżyser chciał osiągnąć tak naginając fakty? Moim zdaniem chciał wyolbrzymić zło jakie panuje wokół tego maleńkiego dziecka i przedstawić jako kwintesencję dobra, które w głębi duszy czai się w każdym człowieku. Wszyscy wiemy, że zło jest łatwiejsze niż dobro, to co złe przychodzi nam łatwiej, bezpieczniej i ogólnie lepiej. Ale to jest nadal zło. Przykładowo, ile byśmy nie pomagali ludziom, ile byśmy się nie wysilali żeby to im było dobrze ale mielibyśmy w tym jakąś korzyść to byłoby to nadal złe (zauważyliście aluzję do WOŚPu?). W filmie jest podobnie. Pomimo zalet kapitana, jego zdyscyplinowania, charyzmy i niewątpliwego geniuszu organizacyjnego przegrywa z kretesem wobec przeważających sił wroga. I tak naprawdę to kapitan Valid jest w obrazie del Toro postacią tragiczną. On walczy o teoretyczne dobro. Znowuż mamy rozbieżność fabularną. Jak to jest, że Valid, okrutny i bezwzględny człowiek bez sumienia walczy o dobro? Nie wiem. Żeby się dowiedzieć musiałbym wejść do głowy scenarzystów i reżysera. Fakty są takie, jakie są i tego nic nie zmieni. Pierwszym moim podsumowaniem filmu miało być stwierdzenie, że film jest opowieścią o wielkim źle jakim jest wojna i o trudnych losach dziecka w tejże rzeczywistości. Po zastanowieniu się jednak doszedłem do wniosku, że wcale tak być nie musi. Film równie dobrze może być archetypem jak i ewolucją zła czyniącego dobro i na odwrót, dobra czyniącego zło. Rozważając wszystkie za i przeciw dochodzę do wniosku, że reżyser wcale nie miał na myśli ukazanie tragizmu wojny, tylko raczej próbował powiedzieć nam, że nic nie jest tak oczywiste jakbyśmy tego chcieli i nie zawsze to co nam się wydaje musi być dobrem lub złem. Zacytuję więc znanego polskiego pisarza – „Nie ma dobra, istnieje tylko zło i mniejsze zło”. Czyżby reżyser miał na myśli podobną sentencję? Możliwe, ale chyba nigdy tego się nie dowiemy. W każdym razie polecam „Labirynt Fauna” każdemu miłośnikowi trudnych filmów, filmów które nie chcą mówić wszystkiego od razu, a wolą dawkować przyjemności w sposób stonowany i oryginalny.
Ocena: 6/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz